Ksiądz Franciszek Rząsa urodził się 15 grudnia 1942 roku w Łowisku, powiat Nisko. Przyszedł na świat, jako najmłodsze, dziesiąte dziecko w ro¬dzinie. Jego rodzicami byli Rozalia i Józef, który poślubił matkę ks. Fran¬ciszka po śmierci pierwszej małżonki. Z pierwszego małżeństwa pozostała czwórka dzieci, w nowym małżeństwie urodziło się jeszcze sześcioro.
Wychowywał się w bardzo trudnych warunkach wojennych, powo¬jennych oraz bytowych: stary dom, jedna izba, ale w głęboko religijnej at¬mosferze życzliwości rodzinnej i sąsiedzkiej. Wraz z mieszkańcami wio¬ski Łowisko, oddalonej około 4-5 km od kościoła parafialnego w Górnie, uczestniczył w niedzielnych Mszach św. i w nabożeństwach. Od wczesnego dzieciństwa został włączony w prace gospodarcze (pasienie krów, praca po¬lowa pod okiem ojca).
Była zima, śnieg, mróz, w domu zimno. Franiu w drugim tygodniu ży¬cia zachorował. Rodzice udali się do lekarza. Mama otuliła dziecko w za¬główek, bo przecież becików nie było, nałożyła chustki. Tato w tym cza¬sie przygotował sanie, zaprzągł konie i pojechali do lekarza do Sokołowa 15 km od domu. Jechali 30 minut. Gdy przybyli na miejsce, dziecko już nie oddychało. Mama w płacz – lekarz mówi: „Coście mi przywieźli, trupka? Podał lekarstwa, Franiu otworzył oczy. „Będzie żył” – oświadczył lekarz – Żyd. Wrócili do domu, ale jeszcze długo trwała choroba i leczenie. Jako rodzeństwo sprawowaliśmy nad małym Franiem opiekę, bo rodzice pra¬cowali w polu.
Gdy mama umęczona wracała z pola, to Franiu miał przygotowany stołeczek, sadowił na nim mamę, wyciągał pierś i ssał. Tak było przez trzy i pół roku życia Frania. Potem był zdrowy i mocny, nie chorował – wspomina siostra. I dodaje: Od małego organizował modlitwy z dziećmi. Na pastwi¬sku, gdy pasał krowy, miał wokół siebie gromadkę chłopców, którym czy¬tał książki religijne oraz organizował różne zabawy. Mawiał: „wszystko dla Pana Boga”. Był dobrym kolegą, jednakże wymagającym uczciwości, praco¬witości. Wśród rówieśników budził szacunek i podziw. Był godnym do naśla¬dowania wzorem. Jako uczeń szkoły podstawowej codziennie chodził do ko-ścioła do Górna – 4 km, na Mszę św. Zimą tato woził go saniami. W niedzielę przed Mszą św., przeważnie przed sumą, miał spotkanie ministranckie.
siostra Józefa
Diecezja przemyska cieszyła się zawsze wspaniałymi pasterzami: biskupami i kapłanami. Wystarczy wspomnieć św. Sebastiana Józefa Pelczara, biskupa przemyskiego w latach 1899-1924, bł. ks. Jana Balickiego (1869-1948), bł. Władysława Findysza (1907-1964), czy bohaterskiego obrońcę praw Boga i narodu – ks. arcybiskupa Ignacego Tokarczuka (1918-2012), pierwszego metropolitę przemyskiego. Do ich grona dołączył niedawno ks. Franciszek Rząsa (1942-2020), kapłan bez reszty oddany Bogu, Kościołowi, Maryi, Ojczyźnie oraz ludziom biednym, niepełnosprawnym, bezdomnym.
Cieszę się, że zostałem zaproszony przez grono przyjaciół ks. Franciszka do napisania tekstu o naszych wzajemnych kontaktach i spotkaniach.
1. Nasze rodzinne strony i pierwsze kontakty podczas studiów specjalistycznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1971-1974)
Urodziliśmy się i wychowywali w sąsiednich miejscowościach. Ks. Franciszek urodził się 15 grudnia 1942 roku w Łowisku, ja natomiast 27 lipca 1944 roku w Hucisku. Wioski te są oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów. Dzieli je tylko jedna wioska Wola Zarczycka. Właśnie w Woli Zarczyckiej w kościele p.w. Przemienienia Pańskiego, diakon Franciszek Rząsa wraz ze swoim kolegą ze studiów, diakonem Józefem Kiełbowiczem, przyjął święcenia kapłańskie.
Wychowując się w sąsiednich miejscowościach, nie wiedzieliśmy o sobie. Moje spotkanie z ks. Franciszkiem nastąpiło dopiero w październiku 1971 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ks. Franciszek Rząsa został skierowany na studia specjalistyczne na KUL przez ks. biskupa Ignacego Tokarczuka, po czteroletniej posłudze wikariuszowskiej w Polańczyku i w Słocinie k. Rzeszowa. Studia specjalistyczne odbywaliśmy na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej. Spotykaliśmy się na niektórych wykładach. Uczestniczyliśmy w wspólnie w seminarium magistersko-doktoranckim z metafizyki, prowadzonym przez o. prof. Mieczysława Alberta Krąpca, przy współpracy s. dr Zofii Józefy Zdybickiej. Ja wybrałem na promotora moich prac dyplomowych (magisterskiej i doktorskiej) z zakresu filozofii człowieka – o prof. Krąpca. Ks. Franciszek natomiast podjął pisanie pracy magisterskiej a potem doktorskiej z zakresu filozofii Boga, pod kierownictwem s. prof. Zofii Józefy Zdybickiej.
Czas naszych wspólnych kontaktów na studiach zamknął się w latach 1971-1974. Już wtedy podziwiałem pokorę, pobożność i pracowitość mojego kolegi ze studiów. Wiedziałem, że ks. Franciszek jako student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego organizował spotkania z młodzieżą pochodzącą z diecezji przemyskiej, która wtedy studiowała na tej uczelni. Uczyłem się od niego łączyć pracę naukową z pracą duszpasterską. Obaj traktowaliśmy studia jako narzędzie do lepszej i gorliwszej posługi duszpasterskiej.
2. Nasze koleżeńskie spotkania w latach 1979-2004
Po ukończeniu studiów stacjonarnych, uzyskaniu stopnia magistra filozofii chrześcijańskiej i rozpoczęciu studiów doktoranckich, ks. Franciszek Rząsa powrócił do diecezji, gdzie został mianowany wykładowcą przedmiotów filozoficznych z zakresu metafizyki, teodycei, historii filozofii, wstępu do filozofii i filozofii współczesnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu oraz Sandomierzu. Równocześnie otrzymał nominację na duszpasterza akademickiego w Zalesiu koło Rzeszowa dla młodzieży z Akademii Rolniczej. Od razu zasłynął jako wspaniały organizator i kierownik rekolekcji zamkniętych i obozów formacyjnych dla młodzieży.
Jako duszpasterz akademicki stał się inicjatorem Rzeszowskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, która po raz pierwszy wyruszyła 5 sierpnia 1978 roku spod Fary Rzeszowskiej w stronę Jasnej Góry. Dzięki jego aktywności duszpasterskiej pojawił się krzyż na Tarnicy, a bieszczadzkie szlaki turystyczne zostały ubogacone kapliczkami, krzyżami i innymi znakami sakralnymi.
We wspominanym okresie nie miałem osobistych kontaktów z ks. Franciszkiem, byłem wówczas wikariuszem w parafii św. Rodziny we Wrocławiu. Nasze kontakty zostały wznowione, gdy ks. Franciszek został proboszczem w Sośnicy koło Jarosławia. Odwiedziłem go tam na początku lat osiemdziesiątych. Budował wtedy nowy kościół i dom parafialny. Byłem pełen podziwu dla jego talentu organizacyjnego i jego współpracy z ludźmi. Nasze kontakty nieco się zacieśniły z chwilą, gdy ks. Franciszek został przeniesiony do Jarosławia, gdzie objął funkcję dyrektora Diecezjalnego Domu Rekolekcyjnego u sióstr niepokalanek w Jarosławiu i stworzył tam Ośrodek Kultury i Formacji Chrześcijańskiej im. Sługi Bożej Anny Jenke.
Będąc w rodzinnych stronach, podczas letniego urlopu. odwiedzałem ks. Franciszka, by zaczerpnąć u niego nowego zapału do służby kapłańskiej. Byłem też zainteresowany postacią sługi Bożej Anny Jenke, która jako pedagog, w czasach głębokiego komunizmu, przekazywała młodzieży wartości religijne i patriotyczne, a dziś jest kandydatką do wyniesienia do chwały ołtarzy.
Nowy rozdział naszych koleżeńskich i przyjacielskich kontaktów nastąpił w roku 2004, z chwilą objęcia przez ks. Franciszka parafii p.w. Przemienienia Pańskiego w Brzozowie (2004) i moim początkiem posługi pierwszego biskupa świdnickiego. (25 III 2004).
3. Nasze przyjacielskie, urlopowe spotkania w czasie posługi biskupiej (2004-2020)
Jako kapłan, przeniesiony przez Ojca św. Jana Pawła II z katedry profesorskiej w Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu na katedrę biskupią do Świdnicy, potrzebowałem kontaktu z wzorowymi duszpasterzami, by prowadzić jako biskup posługę duszpasterską. Postanowiłem wówczas zacieśnić kontakty z dobrymi, gorliwymi, kreatywnymi duszpasterzami, wśród których był ks. Franciszek Rząsa.
Stosownym czasem na zacieśnienie kontaktów i wymianę doświadczeń był okres wakacyjnych urlopów. Jako biskup przestałem wyjeżdżać na zastępstwo wakacyjne do niemieckiej parafii w Hattersheim w diecezji Limburg i zwykle część urlopu spędzałem w stronach rodzinnych na Podkarpaciu, a konkretnie w moim rodzinnym domu w Hucisku, w parafii p.w. Zwiastowania NMP w Leżajsku, gdzie posługują ojcowie bernardyni.
Moje wakacyjne kontakty zaczęły się w roku 2008 i trwały do roku 2015. W czasie lipcowego urlopu, w roku 2008 dwukrotnie odwiedziłem ks. Franciszka w Brzozowie. Najpierw w czwartek, 17 lipca pojechałem do Brzozowa. Zaraz po moim przyjeździe, udaliśmy się z ks. Franciszkiem do Starej Wsi, do sióstr służebniczek, gdzie przebywał na wypoczynku ks. arcybiskup Ignacy Tokarczuk. Zjedliśmy wspólną kolację porozmawialiśmy na temat sytuacji Kościoła w Polsce, w świecie. Wróciłem tego dnia do Huciska, ale po dziesięciu dniach, w poniedziałek 28 lipca pojechałem z trzema moimi rodzonymi siostrami do ks. Rząsy, który z Brzozowa zabrał nas na wycieczkę po Bieszczadach. Zwiedziliśmy zaporę w Solinie, Polańczyk, Wołkowyję, gdzie przez wiele lat, przed drugą wojną światową, posługiwał jako proboszcz ks. Jan Siuzdak (1898‑1842), pochodzący z Huciska, z mojej rodzinnej miejscowości, który zginął w obozie koncentracyjnym w Austrii w 1942 roku. Następnie przez Cisną dotarliśmy do Komańczy, gdzie siostry nazaretanki pokazały nam celę, w której przebywał ponad rok ks. kard. Stefan Wyszyński i napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu, został odczytany przez ks. biskupa Michała Klepacza 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze. Z Komańczy przez Duklę dotarliśmy do sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława Markiewicza w Miejscu Piastowym, gdzie o godz. 18.00 uczestniczyliśmy we Mszy św. w ramach IV Narodowej Modlitwy o Trzeźwość, transmitowanej przez Radio Maryja i Telewizję Trwam.
W roku 2009 mieliśmy następne kilkudniowe spotkanie wakacyjne. Tym razem dnia 15 lipca udaliśmy się z Brzozowa we trójkę do Zakopanego. Tym trzecim był ks. dr Jan Szeląg, jeden z wychowawców alumnów w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu. On kierował samochodem, którym przybyliśmy do zakopiańskiej „Księżówki”. Po drodze zatrzymaliśmy się w Nowym Żmigrodzie, mieście rodzinnym ks. arcybiskupa Edwarda Nowaka oraz w sanktuarium św. Kingi w Starym Sączu. W Zakopanem zamieszkaliśmy w „Księżówce”. Po obiedzie, spotkaliśmy się z o. prof. Zachariaszem Jabłońskim, paulinem z Jasnej Góry. Pojechaliśmy razem samochodem do Bachledówki, gdzie znajduje się kościół Matki Bożej Częstochowskiej i klasztor Paulinów. Stamtąd udaliśmy się do sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. W drugim dniu naszego pobytu wybraliśmy się w stronę Rusinowej Polany i nawiedziliśmy sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr na Wiktorówkach, gdzie posługują ojcowie dominikanie. Po południu skierowaliśmy się do Kuźnic, a stamtąd weszliśmy na Nosal. W trakcie marszu prowadziliśmy rozmowy. Zapamiętałem, że ks. Franciszek poruszał najtrudniejsze problemy teologiczne podczas stromych podejść. Trzeba było myśleć, mówić i łapać oddech.
W trzecim dniu naszego pobytu w stolicy Tatr, udaliśmy się ponownie do Kuźnic. Było nas siedmiu z ojcem Zachariaszem i ks. biskupem Janem Szkodoniem. Na Kalatówkach odwiedziliśmy klasztor sióstr Albertynek, braci Albertynów. Po południu powróciliśmy do Brzozowa, nawiedzając po drodze kościół i klasztor bernardynów w Dukli. Był to wspaniały czas modlitwy i rozmów braterskich przede wszystkim na tematy duszpasterskie.
W roku 2010 ponownie postanowiliśmy pojechać do Zakopanego, tym razem we dwójkę. Po drodze nawiedziliśmy w Krościenku grób sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego a w Łopusznej grób ks. prof. Józefa Tischnera. W Zakopanem zatrzymaliśmy się w domu paulinów, przy ul. Zamoyskiego. 27 lipca wraz z ks. Franciszkiem i o. Zachariaszem byłem na Krzeptówkach w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, a następnie odbyliśmy długi spacer w Dolinie Kościeliskiej. Podczas obiadu przyjechał do nas ks. Krzysztof Iwaniszyn ze Świdnicy i zabrał mnie ze sobą do Świdnicy. Następnego dnia przewodniczyłem uroczystościom pogrzebowym ks. prałata Stanisława Siwca, proboszcza par. p.w. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Strzegomiu. Wieczorem wróciłem do Zakopanego. W czwartek, 29 lipca, odbyliśmy pielgrzymkę do Matki Bożej Królowej Tatr na Wiktorówkach. 30 lipca, po porannej Mszy św. i śniadaniu, udaliśmy się na dłuższy spacer do Doliny Kościeliskiej. W drodze powrotnej nawiedziliśmy sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. 31 lipca, udaliśmy się na Kalatówki, a po południu udaliśmy się w do Brzozowa. W roku 2011 nasz wspólny pobyt urlopowy z ks. Franciszkiem w Zakopanem miał miejsce w dniach 11-16 lipca. Mieszkaliśmy ponownie w domu ojców paulinów. Najważniejszym punktem programu każdego dnia były: wspólna poranna Jutrznia, Msza św. z krótką homilią, o godz. 15.00 – Koronka do Bożego miłosierdzia, wspólny różaniec i czasie wędrówek braterskie rozmowy, głównie o Kościele i duszpasterstwie.
W roku 2012 zmieniło się miejsce naszego spotkania wakacyjnego. Na miejsce naszego lipcowego spotkania wybraliśmy miasto Lubaczów. Postanowiliśmy skorzystać z oferty na zabiegi lecznicze w niedaleko położonym od Lubaczowa uzdrowisku – Horyniec Zdrój. Ks. Franciszek przyjechał po mnie do Huciska skąd razem udaliśmy się do Lubaczowa. Tego samego dnia wieczorem dotarli do nas: ks. arcybiskup Wacław Depo, metropolita częstochowski i o. prof. Zachariasz Jabłoński, paulin z Jasnej Góry. Bardzo serdecznie przyjął nas miejscowy proboszcz i dziekan, ks. prałat Andrzej Stopyra. Zaoferował nam mieszkanie i posiłki na plebanii i codzienną celebrację Mszy św. w konkatedrze diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Od wtorku do soboty korzystaliśmy z zabiegów leczniczych w pobliskim Horyńcu Zdroju. Było wiele okazji do rozmów na tematy teologiczne i duszpasterskie.
W roku 2013 spotkaliśmy się ponownie w Zakopanem. Tym razem zamieszkaliśmy w domu Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Kirach. Pobyt trwał 6 dni (22-27 lipca.). Mszę św. sprawowaliśmy w domowej kaplicy zawsze rano, poprzedzoną wspólną Jutrznią. Po śniadaniu udawaliśmy się na spacery w tatrzańskie doliny. Byliśmy m.in. na Kalatówkach, w Dolinie Chochołowskiej, dwukrotnie na termach w Szaflarach, a także u Matki Bożej Ludźmierskiej, Królowej Podhala.
W następnym roku – 2014 przybyliśmy ponownie na to samo miejsce. Po drodze wstąpiliśmy w Krakowie na Skałkę do ojców paulinów, skąd zabraliśmy ze sobą do Zakopanego o. prof. Zachariasza. Nasz pobyt w Kościelisku tym razem trwał 8 dni. Tak jak przed rokiem po śniadaniu podjeżdżaliśmy zwykle w jakieś miejsce samochodem, a dalej podejmowaliśmy spokojną wędrówkę, podczas której rozmawialiśmy na tematy teologiczne i duszpasterskie, dotyczące formacji duchowej alumnów, młodych kapłanów i młodzieży. Podczas tego pobytu byliśmy na Kalatówkach, na Wiktorówkach, w kilku dolinach tatrzańskich, dwa razy w termach w Szaflarach.
Ostatnie nasze spotkanie urlopowe miało miejsce w lipcu 2015 roku. Tym razem udaliśmy się na Podlasie. Na miejsce kilkudniowego zamieszkania wybraliśmy klasztor Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus w Siemiatyczach, do których dotarliśmy we trójkę 14 lipca. Nazajutrz po Mszy św. i śniadaniu udaliśmy się do Drohiczyna, by pokłonić się ks. biskupowi Antoniemu Pacyfikowi Dydyczowi. Poczęstował nas kawą i barwnie opowiadał o swoich kontaktach z ludźmi Wschodu i różnymi osobami ze świata religii, nauki, kultury i polityki. Zaprosił nas na następny dzień na obiad.
Nazajutrz, po nawiedzeniu prawosławnej Grabarki, zjawiliśmy się ponownie w Drohiczynie. Ksiądz biskup przyjął nas po królewsku. Obiad trwał dwie godziny. Wiele pytań ks. biskupowi Dydyczowi postawił ks. Franciszek Rząsa. Była to nie tylko uczta jadalna, ale i duchowa. Na koniec zostaliśmy obdarowani książkami, w tym wspaniałymi kazaniami gospodarza. Wieczorem tego dnia miałem zaszczyt przewodniczyć uroczystości odpustowej w kaplicy klasztornej sióstr karmelitanek, z racji święta patronalnego Matki Bożej Szkaplerznej. Trzydziestu osobom wtedy poświęciłem i nałożyłem szkaplerz.
W następne dni zwiedzaliśmy sanktuaria, kościoły, Puszczę Białowieską. Byliśmy także w Sokołówce, gdzie się wydarzył cud eucharystyczny oraz w Suchowoli, rodzinnej miejscowości bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W drodze powrotnej na Podkarpacie odwiedziliśmy kilka obiektów sakralnych, m. in. Pratulin, miejsce męczenników unickich z roku 1874, cerkiew w Kostomłotach, sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej, kościół paulinów we Włodawie i kościoły w Zamościu,
4. Ks. Franciszek Rząsa – prawy człowiek, kapłan i Polak
W Ewangelii według św. Jana znajdujemy tekst mówiący o powołaniu do grona apostołów rybaków z Betsaidy: Andrzeja i jego brata Szymona Piotra oraz Filipa i Natanaela. Gdy Natanael podszedł do Jezusa, usłyszał od Niego słowa: Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,47). Słowa te można by odnieść także do ks. Franciszka Rząsy, by podkreślić jego autentyczne człowieczeństwo i kapłaństwo. To był verus sacerdos – „prawdziwy kapłan”, „święty dar”, w którym nie było podstępu. Kto go dobrze poznał, mógł powiedzieć, że był on rzeczywiście wspaniałym darem Pana Boga dla Kościoła, dla ludzi.
a) Prawy Człowiek
Był prawym człowiekiem, wrażliwym na ludzką biedę zarówno materialną jak i moralną. Nigdy nie zostawił człowieka w potrzebie. Tak to widziałem zarówno, gdy go odwiedzałem w parafii w Brzozowie czy potem w Hospicjum i Zakładzie Opiekuńczo-Pielęgniarskim KOLGMED w Jarosławiu. Miał w żywej pamięci i czasem powtarzał słowa przestrogi św. Leona Wielkiego, papieża z V wieku chrześcijaństwa: „Nie wystarczy złocić ołtarze, wznosić mury, gdy obok są ludzie głodni, bezdomni, potrzebujący ludzkiego serca i pomocy”.
Cechowała go pracowitość, rzetelność, pomysłowość, odpowiedzialność, skromność, uprzejmość, życzliwość. Oto przykład na jego pracowitość. Na podwórku przez domem ojców paulinów w Zakopanem czekaliśmy na ojca Zachariasza. Trzeba było czymś wypełnić dalszy czas oczekiwania. Ks. Franciszek zaproponował: by nie marnować czasu – przeczytamy przynajmniej jeden rozdział z encykliki Jana Pawła II. Nie wypadało protestować. Przystąpiliśmy do lektury tekstu encykliki. Czytał głośno ks. Franciszek. Po odczytaniu dłuższego passusu, ks. Franciszek poprosił o komentarz z pytaniem jak te słowa Ojca św. wykorzystać w posłudze duszpasterskiej dla młodzieży. W czasie dyskusji zjawił się ojciec Zachariasz i zakończyliśmy lekturę. Pomyślałem wówczas, oto ksiądz, który wymaga wiele najpierw sam od siebie, a potem od drugich.
b) Gorliwy Kapłan: ojciec, brat, pasterz, przyjaciel
Ks. Franciszek Rząsa przede wszystkim odznaczał się autentyczną pobożnością. Z wielkim namaszczeniem sprawował codzienną Eucharystię. Wiele chwil spędzał na adoracji Najświętszego Sakramentu. Z modlitwy czerpał moc do służby człowiekowi. Gorliwie służył wiernym w konfesjonale. Był spowiednikiem wymagającym, ale bardzo miłosiernym. Penitencji długo pamiętali jego pouczenia i wskazania. Dla niektórych spowiedź u ks. Franciszka oznaczała diametralną zmianę postępowania.
Ks. Franciszek był też cenionym kaznodzieją, chętnie słuchanym głosicielem słowa Bożego, ponieważ mówił z serca do serca, zawsze dobrze przygotowany, pokazujący jak żyć na co dzień słowem Bożym.
W zakończeniu homilii wygłoszonej w bazylice leżajskiej na moje 70. urodziny i 45-lecie kapłaństwa ks. Franciszek m. in. powiedział: „Czcigodny Księże Biskupie, wśród różnych życzeń, jakie dziś Ci uczestnicy w tej Eucharystii składają, szczególnie życzymy wierności Ewangelii, abyś jak dotąd, tak do końca twoich dni mógł zawsze mówić: «moim życiem jest Chrystus». I abyś kochał swojego Boskiego Mistrza coraz bardziej i coraz dojrzalej, oddany Maryi, na wzór św. Jana Pawła Wielkiego: «Totus Tuus – Cały Twój»”.
Ks. Rząsa naśladował Boga Ojca w miłosierdziu i sprawiedliwości. Był bratem, człowiekiem o autentycznej pokorze; był pasterzem zatroskanym o każdego człowieka, był przyjacielem młodzieży i rodzin, przyjacielem kapłanów, sióstr zakonnych, chorych i życiowo zagubionych.
c) Maryjny Polak
Ksiądz Franciszek Rząsa był wielkim czcicielem Maryi, zwłaszcza Maryi Jasnogórskiej, jako Królowej Polski. Ową pobożność wyniósł z rodzinnego domu. W rozmowach ze mną wspominał pielgrzymki do sanktuarium Matki Bożej Leżajskiej. Jako kapłan zaprzyjaźnił się z ojcami paulinami. Systematycznie pielgrzymował na Jasną Górę. W młodszych latach kapłaństwa organizował i prowadził pielgrzymki diecezjalne na Jasną Górę. W latach starszych regularnie przybywał do Matki i Królowej. Tyleż razy był widziany na Apelu Jasnogórskim. Przyjaźnił się w szczególności z ojcem Izydorem Matuszewskim, z jasnogórskim kustoszem, przeorem a w latach 2002 – 2014 generałem zakonu paulinów. Szczególne więzy przyjaźni łączyły go z ojcem prof. Zachariaszem Jabłońskim. Ojcowie paulini docenili tę więź, przyjęli go do Jasnogórskiej Konfraterni. Z obserwacji ks. Franciszka wynikało, że wielki wpływ na jego maryjność i zdrowy patriotyzm wywarł św. Jan Paweł II, bł. Stefan Kardynał Wyszyński i ks. arcybiskup Ignacy Tokarczuk.
Jestem bardzo wdzięczny i zadowolony, że są ludzie, którzy chcą utrwalić osobę i dzieło ks. Franciszka Rząsy. Brakuje nam dzisiaj takich gorliwych, mądrych i świętych księży. Dzisiaj, gdy jest taki napastliwy atak na biskupów i księży, ukazywanie wspaniałych kapłanów jest bardzo potrzebne. I dobrze, że zabiegają o to i czynią to ludzie świeccy. W ten sposób okazują swoją miłość do Kościoła i odpowiedzialność za Kościół. Niech ksiądz Franciszek nadal będzie duchowo obecny z nami, niech nam w niebie wyprasza łaski, abyśmy jak najlepiej wypełniali nasze życiowe powołanie na większą chwałę Pana Boga i na pożytek ludzi.
bp Ignacy Dec
Spotkałem w swoim życiu kapłana, który dla mnie jako księdza był punktem odniesienia, wzorem. To był ksiądz Franciszek, który zawsze zostawiał we mnie pytanie: kim jestem jako ksiądz?. Bardzo mnie wspierał, bardzo mi pomagał, chociaż nigdy nie prawił mi kazań, nigdy mnie nie pouczał, zawsze z szacunkiem odnosił się do mnie, do tego co robię. Był człowiekiem, który dążył do bezpośredniego kontaktu osobowego. To on pierwszy zaproponował, aby mówić do siebie po imieniu, chociaż był starszy o 17 lat.
Pierwsze co go charakteryzowało to jego człowieczeństwo. Był przejęty człowiekiem, pomaganiem. Wszystkie dzieła, które stworzył, świadczą o jego żywym człowieczeństwie. Bywałem u niego w Jarosławiu, kiedy wyjeżdżaliśmy razem na Ukrainę, zawsze zapraszał do siebie, częstował posiłkiem, obiadem. Miał niesamowitą wrażliwość na takie proste gesty. Jego Człowieczeństwo, wyrażało się w trosce o człowieka, objawiało się tym, że był bardzo wrażliwy, pytał jak się czuję, jak dbam o siebie. Zapraszał: przyjedź, pojedziemy w Bieszczady.
Drugie, to Kapłaństwo. Po raz pierwszy usłyszałem o Księdzu Franciszku Rząsie, kiedy wróciłem po studiach w Rzymie i zakładałem Dzieło Formacji Duchowej w Krakowie. On wtedy posługiwał w Jarosławiu, prowadził Dom Rekolekcyjny. Dowiedziałem się od jezuitów, od o. Augustyna, że jest taki ks. Rząsa, który też prowadzi dom rekolekcyjny i ćwiczenia ignacjańskie. Przez ten fakt zacząłem go zapraszać do nas.
Dziwiło mnie, że ksiądz diecezjalny jest tak zaangażowany w tworzenie domu rekolekcyjnego. Zacząłem inspirować się nim, jego osoba bardzo mnie motywowała do tej pracy. Nawet pewnie nie wiedział jakim był dla mnie wsparciem przez fakt, że sam tak gorliwie przez rekolekcje działał.
Mam taką zasadę, że kiedy piszę książki, publikacje, muszę się wyłączyć, udaję się na pustelnię. Wtedy poprosiłem księdza Franciszka, aby mnie zastąpił, poprowadził pierwszy tydzień ćwiczeń. Zgodził się i przyjechał. Podjął rekolekcje u nas, zgodził na kierownictwo duchowe. Przyjeżdżał tak dwa razy, by mnie zastępować.
Kiedy potrzebowałem więcej kierowników duchowych, ośmiu, dziesięciu. On się zgadzał, wpisywał w swoim kalendarzyku, choć nie był człowiekiem pierwszej młodości. Należał do najbardziej aktywnych kierowników duchowych w naszym Domu. Zadziwiała mnie jego otwartość. Poruszało mnie jak mówił: wiesz, ja nie mogę zostawić tych „moich chłopaków”, oni mnie potrzebują – mówił z ogromną troską. Zapraszał ich na Msze św., bardzo przeżywał, że są mało żarliwi, nie tak bardzo zaangażowani. Ogromnie przejmował się tymi „chłopakami”.
Pamiętam, miał taką osobę uzależnioną, która straciła wszystko, którą przyjął do siebie do schroniska dla bezdomnych. Zależało mu, by nie tylko dać dach nad głową, wikt, opierunek, ale aby tych ludzi formować, zbliżać do Boga. On zawsze wierzył w to, że kiedy podaje chleb, jest nadzieja, że oni się kiedyś zbliżą do Boga. Przez ludzką dobroczynność prowadził tych ludzi do Boga.
Pamiętam osobę, która nagle z dnia na dzień, a była wysoko postawiona, miała majątek, została na lodzie, oszukana przez swoje dziecko. Ów człowiek przyszedł w rozpaczy do ks. Franciszka, a on przyjął go jak ojciec.
Dał mu dał mu dach nad głową w Schronisku Domu dla bezdomnych, gdzie przebywał do śmierci.
Ksiądz Franciszek także bardzo troszczył o duszę człowieka. To był prawdziwy DUSZ – PASTERZ, taki pasterz od dusz.
Kiedy go prosiłem o jakąś pomoc, On zawsze bardzo pomagał. Gdy mu mówiłem, że będziemy się rozbudowali, z ogromną pasją do tego podchodził. Nawet taki plan mi napisał, do kogo się udać, gdzie szukać funduszy. Od razu miał pomysły, od razu pojawiał się obraz pomagania. Taka była Jego dusza.
Zawsze czytał „Nasz Dziennik” i niesamowicie przeżywał to co dzieje się w kraju, w Kościele oraz jego diecezji. Nigdy nie był y człowiekiem krytykanckim, ani plotkarzem. Mówił z troską i zawsze z zapytaniem: „Jak pomóc? Co zrobić? ”, albo z ubolewaniem, kiedy go bardzo bolało to co dzieje się w ojczyźnie czy w Kościele. Dla mnie, jako młodszego było to zawsze budujące, bo w tym była zawsze troska: troska o Kościół i troska o ludzi.
Miał już swoje lata, kiedy mu zaproponowałem wyjazdy na Ukrainę, bo tam przez niemały czas jeździliśmy, by rozwijać dzieło Lectio Divina. On też do kierownictwa ze mną jechał. I nie tylko pomagał w kierownictwie, on sam się ciągle uczył. Brał notatnik, przychodził na ćwiczenia i notował, przeżywał.
Pamiętam taką historię z Jazłowca, gdzie w tej chwili grekokatolicy prowadzą parafię. Miał tam miejsce dramat, rozegrała się tragedia się. Ostatni proboszcz rzymskokatolickiego kościoła skończył jak męczennik. Istniały tam ruiny kościoła po katolickiego. Kiedyś, ktoś nas tam wziął z miejscowych. Poszliśmy razem i kiedy weszliśmy do tych ruin, zobaczyliśmy prezbiterium – można je było rozpoznać – chociaż zarośnięte, zachwaszczone, ołtarz, czy miejsce, gdzie był ołtarz, budynek oczywiście w części zburzony, w części jeszcze istniejący.
Żal mi było ks. Franciszka. On na to wszystko patrzył z taką ogromną boleścią, z takim wzruszeniem i mówił: „Boże, ja tu muszę przyjechać, ja muszę odbudować ten kościół”. I zaczął tak głośno myśleć. Będę zbierał środki. Mam różnych znajomych, zacznę prosić, kwestować. Ten kościół trzeba odbudować, ten kościół trzeba zbudować na nowo. Tak się zapalił. A potem się jeszcze tak jakby ocknął i mówi: Ale coś muszę jeszcze zrobić z tymi moimi biednymi, z tym domem.
To było dla mnie poruszające, bo zareagował spontanicznie. To było tak naprawdę niemożliwe z wielu powodów, żeby ten kościół odbudować, także ze względu na sytuację na Ukrainie. On to potem zrozumiał, był realistą, wiedział, że to jest niemożliwe. Ale sam moment jego ogromnego bólu, kiedy zobaczył kościół w gruzach, opustoszały, zachwaszczony, i od razu reakcja serca, reakcja duszy – ja muszę coś z tym zrobić, ja muszę pomóc, ja muszę odbudować.
Ksiądz Franciszek był człowiekiem czynu. Ja się zresztą bardzo z nim utożsamiałem, bo trochę jestem podobny – taka lokomotywa. Wiele mi brakuje do niego w takiej jego świętości i żarliwości, ale ja też lubię być człowiekiem czynu. Ja go w tym rozumiałem i bardzo się z nim utożsamiałem. Ja kocham takich kapłanów, kocham taki Kościół, kocham takich ludzi, którzy cali się spalają, którzy można powiedzieć nie mają życia prywatnego.
Kochał też naturę. Pamiętam, jeździliśmy do Krynicy, by pomagać w rekolekcjach. On potrafił przejechać 300 km, ponad 3 godziny drogi, żeby przez pół dnia pomagać w kierownictwie i by wracać jeszcze w niedzielę na Mszę świętą, nieraz późno. Zawsze był gotów pomóc. Chodził z nami na spacery. Wcześnie rano w dniu rekolekcji, budziliśmy się o piątej i szliśmy na spacer, żeby godzinę pomedytować. Pamiętam majówkę, którą odprawialiśmy w jednym z miejsc maryjnych. Było to blisko, bo wystarczyło podjechać pół godziny samochodem i byliśmy w środku natury, wśród zieleni i modliliśmy się.
Z nim się po kapłańsku spędzało się czas. To nie był człowiek odludek, to nie był człowiek wydziedziczony z tego świata, żyjący głową w chmurach – nie, on był bardzo mocno stąpający po ziemi, ale u niego wszystko miało wymiar duchowy i ludzki. On był kapłanem dwadzieścia cztery godziny na dobę, w myślach, w pragnieniach, w działaniu, w widzeniu świata, w widzeniu człowieka i takiego go zapamiętałem. I dlatego bardzo Bogu dziękuję, cieszę się też, że mogłem być na jego pogrzebie, że mogłem go też jakoś pożegnać. Tak sobie pomyślałem, nawet jego odejście było w takim czasie, żeby nie przeszkadzać.
Rozmawiałem z nim przed śmiercią w wieczór, czy popołudnie wcześniej, bo jak tylko się dowiedziałem, że ks. Franciszek jest chory i że ma jakąś porządną grypę, bo symptomy były takie covidowe, zadzwoniłem i pytam: Franek, co się dzieje? Co z tobą jest? A on na to:, że najpierw było lekko, potem przyszła wysoka gorączka. Ja na to radzę, aby pójść do szpitala, bo teraz jest covid, może to jest coś co trzeba sprawdzić. Na co mi odparł, że jest umówiony z lekarką, która podała mu antybiotyk, a jak nie pomoże do soboty, a był to piątek, to mnie wezmą do szpitala. Następnego dnia po południu dostaję wiadomość, że ks. Franciszek zmarł. To było takie duże przeżycie.
Tak go zapamiętałem. Był taki skromny, nielamentujący, że coś się dzieje, co to będzie, tylko spokojny – taki po prostu był. Zawsze był sobą.
ks. Krzysztof Wons SDS18